Logo
07/08/2025
Magia danych w futbolu
Czy przewagę buduje ilość czy głębia ich rozumienia?
common.coverImageAlt
Wstęp

„Lepsze dane to po prostu lepszy futbol.” Te słowa reprezentanta Polski, Jana Bednarka, doskonale oddają nie tylko kierunek rozwoju współczesnej piłki nożnej, ale i rosnącą świadomość wśród samych zawodników. Przez ostatnie dwie dekady dane przeszły drogę od ciekawostki z zaplecza analityków baseballa do strategicznego zasobu zarządzanego na poziomie zarządów klubów, federacji i inwestorów.

 

Dziś nie wystarczy już „mieć dane”. Kluczowe staje się to, kto nad nimi panuje - organizacyjnie, technologicznie i prawnie. Laurie Shaw, były doradca brytyjskiego skarbu państwa, nie bez powodu dołączył do Manchesteru City jako data scientist. A Leatherhead F.C., półamatorski klub z angielskiej niższej ligi, korzysta z narzędzi IBM Watson do analizowania rywali. Futbol, niezależnie od poziomu, staje się polem walki na insighty - nie tylko na boisku, ale także w sferze kodu, algorytmów i procesów decyzyjnych.

 

Z mojej perspektywy najciekawsze pytania nie dotyczą już jednak tego, czy dane są ważne, lecz jak je zrozumieć, wykorzystać i… czy rzeczywiście należą do nas. Bo w świecie, w którym wszystko da się zmierzyć, największa przewaga leży nie w tym, kto wie więcej, ale kto potrafi lepiej słuchać.

Technologiczne tsunami danych a jakość analizy.

Dzisiejsze mecze generują niewyobrażalne ilości informacji. W hiszpańskiej La Liga pojedyncze spotkanie to już ponad 3,5 miliona punktów danych zbieranych przez system 16 kamer śledzących ruch piłkarzy. Dla porównania, angielska Premier League rejestruje ok. 1,5 miliona punktów na mecz przy 25 klatkach na sekundę. Na mundialu skala jest jeszcze większa – podczas Mistrzostw Świata 2022 każde spotkanie rejestrowało ruch piłki i 29 punktów na ciele każdego zawodnika z częstotliwością 50 Hz, a oficjalna piłka z wbudowanym czujnikiem przekazywała dane 500 razy na sekundę. To prawdziwe cyfrowe tsunami danych.

 

Paradoksalnie, sam ogrom informacji nie gwarantuje sukcesu. Miliony pomiarów nic nie dadzą bez umiejętności wyłowienia z nich sensu. Każdy mecz to potop liczb, ale przewagę zyskuje ten, kto zamiast tonąć w informacjach – potrafi je przekuć na praktyczne wnioski. Nowoczesna technologia daje tu nowe możliwości, ale zarazem stawia wyzwanie: jak z oceanu statystyk wydobyć wartościową wiedzę, która przełoży się na lepszą taktykę i trening? To właśnie głębia analizy – zdolność dostrzeżenia ukrytych wzorców i trendów – stanowi o prawdziwej przewadze i magii danych w sporcie.

 

Co istotne, technologia staje się coraz bardziej dostępna także dla mniejszych klubów. Jeszcze niedawno tylko najbogatsi mogli pozwolić sobie na sztab analityków i zaawansowane systemy, ale to się zmienia. Na przykład Premier League uruchomiła w 2020 scentralizowany Insight Feed, który dostarcza wszystkim klubom zsynchronizowane dane trackingowe i zdarzeniowe – takie jak szybkość strzału czy przełamania linii obrony – wyrównując szanse w dostępie do zaawansowanych statystyk.

 

Podobne rozwiązania funkcjonują w oparciu o systemy TRACAB i Panoris w Polsce. Pojawiają się też innowacyjne rozwiązania jak polski startup ReSpo.Vision, który dzięki sztucznej inteligencji potrafi uzyskać pełne dane 3D o meczu z jednej kamery, eliminując potrzebę kosztownej infrastruktury. Co więcej, system ReSpo.Vision uzyskał certyfikację FIFA dla swojej dokładności i jest już wykorzystywany nawet przez PZPN do zaawansowanych analiz.

 

Takie technologie demokratyzują futbolowe dane, sprawiając, że nawet kluby z niższym budżetem mogą korzystać z analiz na poziomie dotychczas zarezerwowanym dla potentatów. Przekaz jest jasny: nikt nie chce zostać w tyle w wyścigu po przewagę z danych – innowacje sprawiają, że nawet Dawid dostaje do ręki procę z cyfrowym celownikiem.

Własność danych z perspektywy prawa i ekonomii

Kwestia własności danych leży na styku prawa i ekonomii. Czy informacje o nas – nasze transakcje, nawyki, wyniki sportowe – powinny należeć do nas jak własność, którą możemy dowolnie dysponować?

 

Klasyczna ekonomia prawa uczy, że jasne prawa własności sprzyjają efektywności: gdy wiadomo, kto jest właścicielem, łatwiej handlować dobrami i inwestować w ich rozwój. Jednak dane to zasób szczególny. Były sędzia i znany ekonomista Richard Posner zauważył już w latach 80., że ochrona prywatności (a więc de facto ograniczanie dostępu do danych osobowych) bywa ekonomicznie nieefektywna. Jego zdaniem wiele informacji ukrywamy nie dla wspólnego dobra, lecz dla własnej korzyści – co w ujęciu ekonomicznym może prowadzić do marnotrawstwa i przenoszenia kosztów na innych.

 

Z drugiej strony, przeniesienie pełnych praw własności na dane osobowe wcale nie jest prostą receptą na sukces. Prawo własności działa świetnie przy dobrach materialnych – jeśli sprzedam samochód, przestaję go używać, a nowy właściciel ma go na wyłączność. Ale informacja nie działa w ten sposób: mogę się nią podzielić, a mimo to dalej ją mieć. Gdyby każde nasze kliknięcie czy parametr treningowy miały być przedmiotem indywidualnej transakcji, utknęlibyśmy w morzu biurokracji i kosztów transakcyjnych. Badacze wskazują, że stworzenie systemu „mikro-płatności” za wykorzystanie danych na masową skalę byłoby niewykonalne lub nieopłacalne, choć orędownicy blockchaina i Web3.0 zdają się mieć inne zdanie. Niemniej, pojedyncze dane o jednej osobie mają znikomy ułamek wartości dużych zbiorów – więc pojedynczy ludzie, nawet mając „własność” swoich danych, mieliby słabą pozycję przetargową. Efekt? Giganci posiadający hurtowe ilości informacji i tak dyktowaliby warunki, a zwykły człowiek niewiele by ugrał poza iluzorycznym poczuciem kontroli.

 

Nie znaczy to jednak, że jesteśmy skazani na dwie skrajności: całkowitą prywatność blokującą przepływ informacji albo pełną komercjalizację danych bez oglądania się na prawa jednostki. Rozwiązania kształtują się różnie po obu stronach Atlantyku. W Europie podejście jest bardziej regulacyjne – dane osobowe chronione są niemal jak prawo człowieka, czego przykładem jest RODO (GDPR) dające jednostkom m.in. prawo do przenoszenia czy usunięcia swoich danych. W USA dominuje podejście rynkowe: brak jednej spójnej ustawy, raczej sektorowe przepisy i nacisk na to, by nie krępować innowacji. Amerykanie wychodzą z założenia, że wolność oznacza też swobodę biznesu w korzystaniu z danych, dopóki nie powoduje to czyjejś krzywdy. Tam kwestie prywatności często rozwiązuje się po fakcie – aktywnością Federalnej Komisji Handlu (FTC), która wytoczyła setki spraw firmom nadużywającym danych. Co ciekawe, w Stanach Zjednoczonych traktowanie danych jak własności napotyka też przeszkody konstytucyjne: ograniczenie obrotu informacją bywa postrzegane jako ograniczenie wolności słowa. W efekcie w różnych krajach balans między ochroną prywatności a swobodą gospodarczą wygląda odmiennie.

Własność danych w futbolu: klub, zawodnik, liga – kto ma prawa?

Gdy mówimy o piłkarskich danych, pojawia się fundamentalne pytanie: do kogo one należą? Czy informacje o wydajności zawodnika – jego sprinty, tętno, przebiegnięte kilometry – są własnością klubu, który go zatrudnia? Ligi, która organizuje rozgrywki? A może samych sportowców? Ten dylemat nie jest czysto teoretyczny. Coraz częściej piłkarze upominają się o swoje dane – w 2022 światowa federacja piłkarzy (FIFPRO) opublikowała nawet Kartę Praw Zawodnika w Zakresie Danych, podkreślając, że to zawodnik powinien decydować, kto ma dostęp do informacji o jego własnym organizmie. Innymi słowy: także sportowiec bywa postrzegany jako właściciel swoich danych biologicznych i wydajnościowych, co stanowi wyzwanie dla dotychczasowych praktyk.

Różne podmioty mają tu odmienne podejścia

Kluby: Zatrudniają i opłacają piłkarzy, wynagradzając ich nie tylko za obecność czy wynik na boisku, ale także za ich wizerunek na nim i wokół niego, tworzą warunki do treningu, inwestują w zbieranie danych (choćby przez GPS w koszulkach czy systemy kamer) i chcą traktować je jako zasób dający przewagę sportową oraz biznesową. Dane z treningów i meczów to element wiedzy klubowej, podobnie jak taktyka czy know-how sztabu.

 

Zawodnicy: Przekonują, że dane o ich ciele i grze to przedłużenie ich osoby – powinni więc mieć nad nimi kontrolę. Obawiają się nadużyć (np. wykorzystania wrażliwych danych zdrowotnych przeciw nim przy negocjacji kontraktu) i domagają się przejrzystości oraz zgody na komercyjne wykorzystanie ich wyników.

 

Ligi/Federacje: Organizatorzy rozgrywek roszczą sobie prawo do danych meczowych jako części produktu rozrywkowego. Tworzą centralne bazy danych całej ligi, wierząc, że podnosi to poziom rywalizacji – „rosnąca fala unosi wszystkie łodzie” dzięki udostępnianiu insightów wszystkim klubom. Dane ligowe są też źródłem przychodów (sprzedaż statystyk nadawcom, sponsorom, firmom bukmacherskim).

 

Platformy i dostawcy technologii: Firmy zbierające i analizujące dane (np. dostawcy trackerów GPS, oprogramowania analitycznego, serwisy typu Opta) często stają się de facto dysponentami danych. To one opracowują surowe liczby w cenne statystyki i nierzadko je monetyzują – sprzedając analizy mediom, dostarczając je do gier typu fantasy football czy zakładów sportowych. Pojawia się pytanie, czyj interes jest wtedy nadrzędny – komercyjnych platform czy tych, którzy dane generują (klubów i zawodników).

Kultura analityczna: lekcje od najlepszych

Najbardziej zaawansowane technologicznie rozwiązania na nic się jednak zdadzą, jeśli klub nie zbuduje odpowiedniej kultury analitycznej. Chodzi o to, by dane przeniknęły do codziennego funkcjonowania organizacji – od gabinetu prezesa, przez sztab trenerski, po samych zawodników. Najlepsze kluby świata inwestują nie tylko w sprzęt i oprogramowanie, ale też w ludzi i procesy, które pozwalają przełożyć statystyki na decyzje.

 

Doskonałym przykładem jest Chelsea, gdzie dane stały się częścią rutyny treningowej. Piłkarze wchodząc do szatni po meczu mają na monitorach swoje statystyki – od przebiegniętego dystansu, przez liczbę sprintów, po prędkość maksymalną. Podobne praktyki być może z jedynie nieco większym opóźnieniem i w innym zakresie są już codziennością w innych ligach i klubach, także w Polsce. Taka transparentność i element rywalizacji (kto miał lepsze wyniki) zachęcają zawodników do zaangażowania w analizę.

 

Na boisku treningowym analityk z laptopem towarzyszy sztabowi trenerskiemu, dostarczając na żywo raporty wydajności każdego gracza. W ciągu godziny po sesji trenerzy dostają podsumowanie statystyczne i szczegółowe wykresy, które od razu wpływają na plan kolejnego dnia. To nie gadżet, lecz integralna część pracy drużyny – liczby natychmiast przekuwane są na decyzje: kto potrzebuje lżejszego treningu, kto powinien popracować nad szybkością, jak dostosować obciążenia.

 

Kluczowe jest też nastawienie liderów. Gdy Jürgen Klopp przejął Liverpool FC, zespół analityków wreszcie mógł rozwinąć skrzydła – trener w pełni zintegrował ich w proces decyzyjny, tworząc wspólną strategię opartej na danych rekrutacji i taktyki. Wcześniej, mimo że klub zatrudnił cenionego naukowca (dr. Iana Grahama) już w 2012, prawdziwy przełom nastąpił dopiero, gdy wizje trenera i zespołu zajmującego się obróbką danych się zgrały. To pokazuje, że nawet w topowych organizacjach kultura analityczna zaczyna się od otwartości kadry zarządzającej i sztabu na wiedzę płynącą z liczb.

 

Co ciekawe, bogata kultura pracy z danymi potrafi niwelować wpływ przewag finansowych. Brentford czy Brighton – mniejsze kluby z ligi angielskiej – właśnie dzięki analizom wyszukują niedocenianych zawodników, którzy potem robią furorę w rozgrywkach. Z ograniczonym względem ligowej czołówki budżetem udaje im się konsekwentnie osiągać ponadprzeciętne wyniki, boksując niejako ponad swoją wagę finansową. Podobne historie znamy z przeszłości: pieniądze nie zawsze wygrywają z mądrą strategią – słynna książka Moneyball pokazała to w baseballu, a w piłce nożnej triumf Leicester City w 2016 przypisywano m.in. analitycznemu podejściu do budowy zespołu. Wniosek? Liczby potrafią dać „kopciuszkowi” oręż przeciw gigantom, o ile klub potrafi stworzyć klimat, w którym analityka jest zrozumiana i akceptowana przez wszystkich – od działaczy po szatnię.

 

Dane jako inwestycja: szanse i ryzyka

Z perspektywy finansów klubu piłkarskiego dane to także kwestia inwestycji i zwrotu. Największe kluby wydają dziś na analitykę niemałe kwoty – nierzadko sześciocyfrowe, a nawet siedmiocyfrowe sumy rocznie – i oczekują konkretnych efektów. Co daje zainwestowanie w dane? Po pierwsze, optymalizację wyników sportowych: lepsze decyzje trenerów przekładają się na zwycięstwa, premie za trofea i wzrost wartości piłkarzy na rynku. Po drugie, głębsze zaangażowanie kibiców: dzisiejsi fani śledzą mecze uzbrojeni w aplikacje i wykresy, a interaktywne statystyki zwiększają oglądalność i atrakcyjność rozgrywek dla sponsorów . Po trzecie, dane same w sobie stają się nowym produktem – kluby i ligi sprzedają dostęp do nich mediom (efektowne wizualizacje i infografiki), oferują sponsorom jako część pakietu marketingowego (np. “Najszybszy Zawodnik Meczu – prezentuje Firma X”), a firmy bukmacherskie kupują błyskawiczne feedy statystyczne do ustalania kursów . Innymi słowy, każdy punkt danych to potencjalna historia lub towar, który można zmonetyzować.

 

Jednak jak z każdą inwestycją, są też wyzwania. Po pierwsze, malejące zwroty – kolejne kosztowne platformy czy hurtowe zbiory danych dają coraz mniejsze usprawnienia, jeśli klub nie nadąża z ich sensownym wykorzystaniem. Łatwo wpaść w pułapkę analysis paralysis, gdy nadmiar informacji wręcz utrudnia podjęcie decyzji. Z perspektywy finansowej i inwestycyjnej projekty dotyczące danych powinny być traktowane jak każde inne przedsięwzięcie: oparte o wskaźniki zwrotu z inwestycji. Jeżeli kupujemy nowy system lub zatrudniamy analityka, powinno być jasne jaki problem to rozwiąże – czy dzięki temu trener wygra więcej meczów, dział marketingu przyciągnie więcej fanów, albo zmniejszymy koszty kontuzji poprzez lepsze monitorowanie obciążeń? Jeśli tak, to czy da się ten wpływ zmierzyć w złotówkach lub punktach w tabeli? Takie podejście chroniloby przed wydawaniem pieniędzy na efektowne gadżety, które nie przekładają się na wyniki. Niemniej, w wielu przypadkach taka dyscyplina rozważań to ciagle jeszcze bardziej teoria niż codzienność wielu klubów piłkarskich.

 

Na horyzoncie są także ryzyka regulacyjne. Wraz z rosnącą świadomością prywatności danych możliwe są zmiany prawa, które ograniczają swobodne wykorzystywanie informacji o zawodnikach. W wielu przypadkach zgody piłkarza na każdą formę komercyjnego użycia jego wyników GPS czy parametrów zdrowotnych są częścią kontraktu o zawodowe uprawianie piłki nożnej – co nieco komplikuje model biznesowy sportowej analityki na innych poziomach niż kluby. Z drugiej strony, branża może sama wypracować rozwiązania zanim zrobią to regulatorzy. Pojawiają się pomysły, by oddawać zawodnikom większą kontrolę i udział w wartości danych – np. poprzez data wallets w kontraktach, czyli bezpieczne portale, gdzie piłkarz mógłby przeglądać wszystkie swoje dane i decydować, komu je udostępniać.

 

Mówi się też o modelach współdzielenia danych na zasadach spółdzielni, gdzie wszyscy – od klubu po zawodnika – partycypują w zyskach z informacji, które współtworzą. Te koncepcje mogą brzmieć futurystycznie, ale wskazują kierunek: szukanie równowagi między innowacją a prawami jednostki stanie się kluczowe. Inwestorzy i menedżerowie muszą więc brać pod uwagę nie tylko potencjał zysku z danych, ale i koszt ewentualnych regulacji czy konieczność sprawiedliwszego podziału korzyści w przyszłości.

Dane jako kompas, nie cel sam w sobie

Jak widać, prawdziwa przewaga rodzi się nie z samej masy cyfr, lecz z mądrości ich wykorzystania.

 

Jako CFO i pasjonat sportu patrzę na dane jak na kompas – wskazują kierunek, ale to liderzy na boisku i poza nim muszą zdecydować, dokąd podążymy. Nawet najbardziej imponujące bazy statystyk i najbystrzejsze algorytmy nie wygrają meczu bez człowieka, który wyciągnie z nich właściwe wnioski. W futbolu wygrywa nie ten, kto zbierze więcej wykresów, lecz ten, kto przełoży je na lepszą taktykę, trening i decyzje personalne.

 

Żyjemy w erze, w której z informacją jest jak z oceanem – jedni toną, inni uczą się pływać.

 

Ci drudzy, łącząc chłodną analizę z wizją i piłkarską intuicją, potrafią dokonać prawdziwej przemiany. Technologia spleciona z ludzką mądrością staje się magią futbolu, która pozwala słabszym rzucić wyzwanie mocniejszym, a mocnym sięgać po doskonałość. Dane są paliwem tej przemiany, iskrą mogącą rozniecić płomień innowacji, ale sama iskra nie wystarczy. Wszystko zależy od tego, czy potrafimy przekuć wiedzę z danych w konkretne działania na boisku i w klubowym biznesie.

 

Czy zatem przyszłość należeć będzie do tych, którzy zbierają najwięcej cyferek, czy do tych, którzy patrząc w te cyfry widzą to, czego inni nie dostrzegli? Ostateczna odpowiedź leży po naszej stronie. Dane dadzą przewagę tylko tym, którzy zadają właściwe pytania i wyciągają z nich właściwe lekcje. Czy potrafimy uczynić z nich nasz kompas prowadzący do sukcesu? – to pytanie, z którym zostawiam każdego lidera, trenera i kibica.

© 2026 Jarek Jurczak