
Próba uruchomienia zamkniętej Superligi w 2021 roku wstrząsnęła europejskim futbolem, wywołując reakcję łańcuchową zmian organizacyjnych i regulacyjnych. Pomysł oderwania się garstki najbogatszych klubów od struktur UEFA spotkał się z masowym sprzeciwem kibiców, federacji i polityków, co w efekcie zahamowało projekt. Jednocześnie ujawnił on jednak napięcia między zasadą sportowej merytokracji a komercyjnymi ambicjami największych klubów. W rezultacie, w kolejnych latach ukształtował się nowy ład w futbolu klubowym – Liga Mistrzów przyjęła zreformowany format i znacząco zwiększyła przychody, FIFA wprowadziła Klubowy Mundial na niespotykaną dotąd skalę, a regulatorzy krajowi i instytucje unijne podjęły działania na rzecz ochrony zasad „europejskiego modelu sportu”.
Przyjrzyjmy się zatem kolejno: rekordowemu sezonowi Ligi Mistrzów 2024/25 i znaczeniu finansowemu nowego formatu rozgrywek, nowym orzeczeniom sądowym, w tym także tym odnoszącym się do Superligi, nowym regulacjom – od brytyjskiej ustawy o niezależnym regulatorze futbolu po paradoks podejścia Komisji Europejskiej do rynków medialnych, perspektywie transnarodowych lig w kontekście sprawy FC Swift Hesperange i jej potencjalnych skutków dla modelu europejskiego, doświadczeniom amerykańskim takim jak wyłączenie MLB spod prawa antytrustowego oraz temu, co z tych przykładów wynika dla szkolenia młodzieży i jego ewentualnej komercjalizacji, a także szerzej dla dylematów finansowania i merytokracji w europejskim futbolu klubowym.
Sezon 2024/25 Ligi Mistrzów UEFA okazał się przełomowy pod kilkoma względami. Po raz pierwszy zastosowano nowy format rozgrywek z tzw. „fazą ligową” – 36 zespołów, z których każdy rozegrał 8 meczów z różnymi rywalami, zastępując dotychczasową fazę grupową. Innowacja ta, której początki planowano jeszcze przed kryzysem Superligi, miała zwiększyć atrakcyjność i nieprzewidywalność turnieju poprzez więcej spotkań między klubami z różnych krajów. Rzeczywiście, pierwsze kolejki fazy ligowej przyniosły zaskakujące rezultaty – np. zwycięstwo 9:2 jednej z drużyn, która jednak w następnej kolejce… sama poniosła porażkę. Jak podkreślał Giorgio Marchetti z UEFA, celem reformy było wyeliminowanie „nudnych”, z góry rozstrzygniętych grup oraz zapewnienie emocji aż do końca rundy – i pierwszy sezon zdaje się potwierdzać tę większą konkurencyjność.
Najważniejsza była jednak frekwencja i globalny zasięg rozgrywek. Finał edycji 2024/25 odbył się 31 maja 2025 r. na Allianz Arena w Monachium, a zmierzyły się w nim Paris Saint-Germain i Inter Mediolan. Mecz zakończył się sensacyjnym wynikiem 5:0 dla PSG – był to najwyższy triumf w historii finałów Pucharu Europy/Ligi Mistrzów (poprzedni rekord to 4:0, osiągnięty ostatnio w 1994 r.). Paryżanie zdobyli swój pierwszy w historii tytuł, przerywając długoletnią dominację klubów z Anglii, Hiszpanii, Niemiec i Włoch – PSG zostało pierwszym mistrzem spoza tych krajów od czasu FC Porto w 2004 roku. Dzięki zwycięstwu zapewnili sobie nie tylko miejsce w kolejnej edycji LM, ale też awans na nowe światowe areny: prawo gry w Intercontinental Cup 2025 (reaktywowanym pojedynku Europa–Ameryka Płd.) oraz udział w Klubowym Mundialu 2029.
Transmisja finału przyciągnęła rekordową publiczność. UEFA potwierdziła, że mecz dostępny był w ponad 200 terytoriach na świecie i miał zgromadzić szacunkowo 460 milionów unikalnych widzów – najwięcej w historii tych rozgrywek. Dla porównania, finał poprzedniej edycji (2023) śledziło ok. 450 mln widzów, co już przewyższało globalną widownię Super Bowl (ok. 155 mln w 2024 roku). Tegoroczny wynik ustanowił zatem nowy rekord. Eksperci wskazują, że tak astronomiczna oglądalność to efekt rosnącej dostępności meczów dzięki platformom streamingowym oraz udostępnianiu finału w telewizjach otwartych na kluczowych rynkach. Ligę Mistrzów oglądają już setki milionów osób nie tylko w Europie i Ameryce Południowej, ale masowo także w Azji, Afryce czy Ameryce Północnej – co czyni finał Champions League rokrocznie najchętniej oglądanym wydarzeniem sportowym świata (tj. bez uwzględnienia rozgrywanego co czetery lata finału mistrzowstw świata), deklasującym nawet finały NFL. Średnia globalna widownia finałowego spotkania – liczona jako jednoczesna liczba oglądających – szacowana jest na ok. 120–150 mln osób (zmienna w zależności od przebiegu meczu), co również plasuje Ligę Mistrzów wyżej niż jakiekolwiek pojedyncze wydarzenie w USA czy Europie poza piłką nożną.
Wysoka oglądalność przełożyła się na rekordowe wpływy komercyjne. Według oficjalnych danych UEFA, w nowym cyklu marketingowo-telewizyjnym 2024–2027 nastąpił znaczący wzrost przychodów, co pozwoliło zwiększyć pulę nagród dla uczestników europejskich pucharów o ok. 20% w porównaniu z poprzednim cyklem. Sama Liga Mistrzów (wraz ze związanym z nią Superpucharem UEFA) rozdzieliła między kluby około €2,467 mld za sezon 2024/25, w porównaniu do ok. €2,05 mld rok wcześniej. Dziennik AS odnotował, że UEFA „znacząco podbiła pulę nagród – o około €400 mln więcej niż w poprzedniej edycji”. Przełożyło się to na konkretne kwoty dla klubów: już samo wejście do nowej fazy ligowej gwarantowało €18,6 mln premii startowej, a każde zwycięstwo w tej fazie warte było €2,1 mln. Dla porównania, w starym formacie udział w fazie grupowej wyceniano na €15,6 mln, a wygrana na €2,8 mln – czyli wejście do rozgrywek stało się o blisko 35% cenniejsze. Ponadto UEFA zwiększyła premie za awans do kolejnych rund oraz wprowadziła nowy komponent tzw. „value pillar” (filara wartości rynkowej), dzielący dodatkowe przychody komercyjne pomiędzy kluby po zakończeniu sezonu. W efekcie finaliści tegorocznej edycji przekroczyli granicę €100 mln zarobku z samej Ligi Mistrzów: Inter Mediolan otrzymał łącznie ok. €132 mln, a PSG €140 mln, uwzględniając premie sportowe i udział w market pool. Dla zwycięzcy dodatkowym bonusem było €25 mln za wygranie finału (wcześniej €20 mln) oraz kwalifikacja do lukratywnych imprez jak wspomniany Klubowy Mundial. Drugi finalista zainkasował €15 mln premii za finał. Tak duże sumy – nie licząc nawet wpływów z biletów, dnia meczowego czy sponsoringu – obrazują finansową przepaść dzielącą Champions League od pozostałych rozgrywek klubowych. Dla porównania, zwycięzca Ligi Europy 2024/25 zarobił nieco ponad €30–40 mln, a Ligi Konferencji ok. €20 mln, czyli kilka razy mniej.
Podsumowując, Liga Mistrzów po reformie nie tylko nie straciła na atrakcyjności, ale wręcz umocniła swoją pozycję jako topowy produkt piłkarski. Z punktu widzenia klubu średniej wielkości, inwestującego w rozwój i aspirującego do gry w LM, zwiększenie puli nagród i globalnego zainteresowania to szansa na skokowy wzrost przychodów w przypadku udanej kampanii. Jednocześnie jednak rodzi to pytania o dystrybucję finansów w dół piramidy i konkurencyjność – tj. czy nowe setki milionów euro będą też transferowane w dół piramidy futbolowej, czy raczej powiększą dysproporcje? Do tych kwestii powrócimy, analizując modele solidarności finansowej i szkolenia młodzieży. Najpierw jednak spójrzmy, jak oficjalni przedstawiciele UEFA uzasadniali zmiany i bronili tradycyjnych zasad po kryzysie Superligi.
W kwietniu 2021 roku, tuż po ogłoszeniu Superligi, zastępca sekretarza generalnego UEFA Giorgio Marchetti stanowczo zareagował na koncepcję „turnieju dla bogatych z zaproszeniami”. Podczas wywiadu radiowego we Włoszech Marchetti przypomniał fundamentalną zasadę, jaką kieruje się europejski futbol: otwartość rozgrywek i awans oparty na wynikach sportowych. Jego słowa – często cytowane w skrócie – brzmiały: „Superliga? Dla nas uczestniczy ten, kto na to zasłużył, a nie ten, kto ma nazwę”. Było to bezpośredzne odniesienie do planów utworzenia zamkniętej ligi, w której stałe miejsce miałyby kluby o wielkiej marce (nazwie), niezależnie od aktualnych wyników. Marchetti podkreślił, że model europejski zakłada rozgrywki otwarte – każdy klub, od mistrza Luksemburga po giganta z Anglii, ma prawo marzyć o grze w Lidze Mistrzów, jeśli wywalczy to sportowo na boisku. Reformy UEFA po 2021 r. (jak nowy format LM od 2024) tego nie zmieniły: „zmienił się format, a nie sposób kwalifikacji” – zaznaczył działacz. Rzeczywiście, mimo dodania dwóch „dzikich kart” w nowym formacie Champions League, są one przyznawane nie na podstawie marki klubu, lecz dla federacji, które najlepiej wypadły w poprzednim sezonie w pucharach (tzw. European Performance Spot), co nadal premiuje wyniki sportowe a nie historyczny prestiż.
Wypowiedź Marchettiego z 2021 roku odnosiła się dokładnie do idei Superligi i stanowiła jej kategoryczne odrzucenie. Był to głos UEFA mówiący: nie dla zamkniętego klubu bogaczy, tak dla merytokracji i egalitarnej szansy. Warto zauważyć, że słowa te wybrzmiały w momencie, gdy UEFA sama reformowała Ligę Mistrzów – co nie uszło uwadze krytyków. Początkowo bowiem planowano, by dwie dodatkowe drużyny w nowym formacie otrzymywały miejsce dzięki wysokiemu współczynnikowi UEFA, nawet jeśli powinęła im się noga w lidze krajowej. Ten zapis pachniał „furtką dla zasłużonych firm” – czyli czymś, co w oczach opinii publicznej groziło hipokryzją UEFA głoszącej prymat zasług sportowych. Ostatecznie, m.in. pod naciskiem kibiców i związków lig, UEFA zmieniła ten zapis: dodatkowe miejsca trafiają od 2024 r. do krajów, które najlepiej punktowały sezon wcześniej (w 2024/25 skorzystały na tym Anglia i Holandia). Dzięki temu Marchetti mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że Liga Mistrzów nadal pozostaje otwarta i dostępna dla wszystkich przez wyniki na boisku, co „świat futbolu jasno dał do zrozumienia”, odrzucając Superligę.
Wypowiedź ta wpisuje się w szerszą narrację obrony „europejskiego modelu sportu”, jaki przyjęły UEFA i władze publiczne po 2021 roku. W modelu tym najważniejsze są: piramida lig krajowych, awans i spadek, możność gry Dawida z Goliatem na szczycie oraz solidarność finansowa między bogatymi a biedniejszymi. Marchetti w 2021 r. występował niejako jako głos tej tradycji. Jego słowa potępiały Superligę jako projekt „nieadekwatny do europejskiej piłki”. Warto dodać, że podobne stanowisko zajęły wtedy instytucje polityczne – Parlament Europejski i Komisja – które również deklarowały obronę otwartych rozgrywek i modelu solidarnościowego. To wszystko stworzyło klimat, w którym powstrzymano bunt topowych klubów. Jednak skutkiem ubocznym było też wzmocnienie pozycji UEFA jako strażnika monopolu na organizację rozgrywek – co z kolei stało się przedmiotem batalii prawnych, o czym niżej. Najpierw spójrzmy na działania regulacyjne na poziomie krajowym i unijnym, które zrodziły się na fali sprzeciwu wobec Superligi.
Jednym z najbardziej konkretnych efektów „wojny o Superligę” okazały się zmiany legislacyjne w Wielkiej Brytanii. Rząd brytyjski już w 2021 roku, tuż po upadku projektu ESL, powołał tzw. Fan-Led Review – niezależną komisję pod przewodnictwem poseł Tracey Crouch, mającą zrewidować model zarządzania futbolem. Raport komisji (opublikowany pod koniec 2021) rekomendował ustanowienie niezależnego regulatora piłkarskiego, który miałby czuwać nad stabilnością finansową klubów, sprawdzać właścicieli oraz – co kluczowe – mieć prawo veta wobec prób przyłączenia się angielskich klubów do rozgrywek tworzonych poza oficjalnymi strukturami (a więc de facto blokować potencjalne „Superligi” w przyszłości). Po pewnych opóźnieniach, w pierwszej połowie 2025 roku rząd Zjednoczonego Królestwa przeprowadził stosowną ustawę przez parlament. Football Governance Act 2025 został uchwalony w lipcu 2025, stając się historycznym kamieniem milowym dla angielskiego futbolu. Ustawa ta – określana jako „największa reforma zarządzania od pokoleń” – powołuje Niezależnego Regulatora Futbolu (Independent Football Regulator, IFR) z szerokimi uprawnieniami.
Nowy regulator będzie licencjonował kluby od poziomu Premier League do V ligi (National League) i monitorował ich kondycję finansową. Jego zadaniem jest ”zapewnienie, że kluby są zrównoważone finansowo na dłuższą metę”, czemu służyć mają m.in. nowe wymogi kapitałowe i kontrola budżetów. IFR otrzyma też wzmocnione testy dla właścicieli i dyrektorów (Owners’ and Directors’ Test), by do zarządzania klubami nie dopuszczać osób nieodpowiednich lub wykorzystujących nielegalne fundusze. Z punktu widzenia kibiców kluczowe są przepisy dające im większy wpływ na decyzje klubów (np. w kwestii tradycyjnych barw, przenosin stadionu czy zmian symboli – regulator będzie chronił „dziedzictwo” klubów). Jednak najbardziej bezpośrednią spuścizną afery Superligi jest artykuł ustawy zakazujący klubom uczestnictwa w rozgrywkach oderwanych: IFR będzie miał prawo zablokować klubowi udział w zamkniętej, „rozłamowej” lidze, która nie spełnia kryteriów uznawanych przez regulatora. W praktyce oznacza to legislacyjne zabezpieczenie przed powtórką sytuacji, gdy 6 czołowych klubów angielskich chciało w tajemnicy dołączyć do międzynarodowej Superligi. Teraz taki krok mógłby skutkować sankcjami, a nawet odebraniem licencji klubowej przez IFR. Ustawa zobowiązuje też regulatora do pilnowania „uczciwej dystrybucji finansowej między ligami” – czyli np. doprowadzenia (w razie impasu) do nowego systemu podziału pieniędzy między Premier League a niższymi ligami (co było przedmiotem sporu od lat).
Paradoksalnie, podczas gdy Wielka Brytania – już poza UE – wdraża tak zdecydowane kroki dla ochrony piramidy futbolowej i kibiców, na poziomie Unii Europejskiej mamy do czynienia z pewną sprzecznością zasad. Z jednej strony, instytucje unijne deklarują przywiązanie do „europejskiego modelu sportu” i sprzeciw wobec separatyzmów (Komisja Europejska była w sporze Superligi po stronie UEFA). Z drugiej strony jednak, prawo unijne od lat forsuje również zasadę jednolitego rynku i znoszenia barier między państwami – co koliduje z dotychczasowym sposobem organizacji rynku medialnego sportu opartego na podziale terytorialnym. Komisja Europejska historycznie akceptowała (a wręcz chroniła) model sprzedaży praw telewizyjnych oddzielnie w każdym kraju przez federacje piłkarskie czy ligowe konsorcja, mimo że dzieli on jednolity rynek na segmenty narodowe. Taki stan rzeczy został zakwestionowany w głośnej sprawie Murphy przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. W wyroku z 2011 r. (sprawa C-403/08) TSUE uznał, że praktyka sprzedawania praw tak, by ”segmentować rynek UE według granic państwowych”, jest sprzeczna z zasadą swobodnego przepływu towarów i usług w Unii. Sprawa dotyczyła wprawdzie transmisji Premier League, ale wydźwięk był szerszy: czysto terytorialna wyłączność medialna stoi w konflikcie z ideą jednolitego rynku cyfrowego. Po tamtym wyroku wiele mówiło się o nadejściu ery „transgranicznych” abonamentów sportowych i możliwości wyboru najtańszej oferty w UE przez konsumenta. Jednak minęło ponad 12 lat, a model terytorialny w piłce niewiele się zmienił w praktyce – i to przy milczącej zgodzie Komisji. Dlaczego? Argumentowano to koniecznością ochrony wartości praw i finansowania sportu na poziomie krajowym. Innymi słowy, Komisja Europejska nie naciskała na pełną liberalizację rynku transmisji sportowych, obawiając się, że bogatsze rynki mogą zdominować przekaz. Dla przykładu, gdyby jeden pan-europejski nadawca wykupił prawa do Ligi Mistrzów i oferował je w całej UE, mógłby pominąć lokalne telewizje i potencjalnie żądać wyższych opłat od widzów w mniejszych krajach – co mogłoby ograniczyć dostępność transmisji np. w Bułgarii czy na Litwie. Unia pozwala więc na wyjątki od zasady rynku wewnętrznego w imię „różnorodności kulturowej i medialnej”. Ten stan rzeczy jest jednak pewnym paradoksem: Unia zobowiązuje państwa do znoszenia barier, a równocześnie sama broni barier geograficznych w dystrybucji produktu sportowego. Co więcej, broni także narodowych struktur rozgrywek – w sprzeczności z ideą swobodnego przepływu usług, która mogłaby wspierać wizje ponadnarodowych lig.
Paradoks ten najlepiej uwidacznia stanowisko Komisji w ostatnich latach: oficjalnie promuje ona model oparty na silnych ligach krajowych i zasadzie terytorialności (np. wypowiadając się przeciw przenosinom klubów do innych krajów czy przeciw łączeniu lig bez zgody federacji). Jednocześnie to prawo konkurencji UE jest narzędziem, które daje innym podmiotom możliwość kwestionowania monopoli organizacyjnych. Widzimy więc, że UE stoi trochę w rozkroku – wspiera UEFA w walce z Superligą (odwołując się do specyfiki sportu i jego funkcji społecznych), ale musi też stać na straży konkurencji i swobodnego świadczenia usług. W kolejnej części przyjrzymy się temu dylematowi z perspektywy najnowszych wyzwań prawnych, jakie pojawiły się w następstwie sprawy Superligi – bo po niej na horyzoncie majaczy już potencjalnie „nowy Bosman”, mogący przynieść rewolucję w samej strukturze lig.
Wyrok w sprawie Bosmana w 1995 roku zrewolucjonizował rynek transferowy, znosząc ograniczenia w zmianie klubu po wygaśnięciu kontraktu i zakazując limitów obcokrajowców wewnątrz UE. Teraz, trzy dekady później, przed sądami europejskimi staje kolejna sprawa, która może równie głęboko zmienić oblicze futbolu w Europie – tym razem dotyczącą organizacji rozgrywek ponadnarodowych. Inicjatorem jest mały klub z Luksemburga – FC Swift Hesperange – który postanowił zakwestionować reguły uniemożliwiające mu połączenie sił z klubami z innych państw. Swift Hesperange, aktualny wicemistrz Luksemburga, argumentuje, że „terytorialny model futbolu narzucony przez UEFA” ogranicza jego możliwości rozwoju i narusza prawo UE.
21 czerwca 2022 roku Swift złożył do sądu luksemburskiego wniosek o orzeczenie w trybie prejudycjalnym przez Trybunał Sprawiedliwości UE, kwestionując kilka kluczowych zasad obowiązujących w europejskiej piłce. Po pierwsze, zaskarżył przepis UEFA (przejęty też do regulaminu krajowej federacji FLF) zakazujący klubom tworzenia i zarządzania rozgrywkami transgranicznymi bez zgody UEFA/FIFA. Taki zakaz skutecznie uniemożliwia np. powstanie wspólnej ligi luksembursko-belgijskiej czy udziału luksemburskiego klubu w strukturze ligowej innego kraju. Swift argumentuje, że jest to praktyka monopolistyczna, naruszająca art. 101 TFUE (zakaz porozumień ograniczających konkurencję) oraz przejaw nadużycia pozycji dominującej przez UEFA (art. 102 TFUE), a także ograniczenie swobody świadczenia usług (art. 56 TFUE). Innymi słowy, klub twierdzi, że UEFA nie może prawnie zabraniać alternatywnych rozgrywek, jeśli te również spełniałyby rolę ligową – bo to tak, jakby działał kartel kontrolujący rynek rozgrywek piłkarskich w Europie.
Po drugie, Swift Hesperange podniósł kwestię przepisów o lokalnie wyszkolonych zawodnikach („home-grown players”). UEFA wymaga, by w kadrze na europejskie puchary znajdowało się co najmniej 4 zawodników wyszkolonych w klubie i 4 w tym samym kraju. W Luksemburgu obowiązują podobne limity w lidze krajowej. Zdaniem skarżących, tego typu kwoty ograniczają swobodę przepływu pracowników (art. 45 TFUE) i również mogą naruszać art. 101 TFUE, jeśli są efektem porozumienia klubów/federacji ograniczającego konkurencję na rynku talentów.
Po trzecie, Swift zakwestionował swoisty „przepis powrotu” obowiązujący w Luksemburgu – według którego zawodnik wracający do luksemburskiej ligi po grze za granicą może podpisać kontrakt tylko ze swoim poprzednim klubem z Luksemburga. Taki przepis oczywiście drastycznie ogranicza wolność transferu – klub argumentuje, że to jawne naruszenie swobody przepływu pracowników w UE.
Wreszcie, po czwarte, skrytykowano przepis FLF zakazujący luksemburskim klubom przekształcania się w spółki handlowe (musiały dotąd działać jako stowarzyszenia non-profit). To zdaniem skarżących ogranicza swobodę przedsiębiorczości i przepływu kapitału (art. 63 TFUE).
Choć sprawa Swift Hesperange jest dopiero na etapie pytań prejudycjalnych i czeka na rozpatrzenie przez TSUE, już teraz budzi ogromne zainteresowanie. Wielu obserwatorów określa ją mianem potencjalnego „drugiego Bosmana”, który może otworzyć puszkę Pandory z transgranicznymi ligami w Europie. Co może się stać, jeśli Trybunał przyzna rację luksemburskiemu klubowi?
Przede wszystkim, zakaz tworzenia rozgrywek transnarodowych mógłby zostać uznany za niezgodny z prawem konkurencji. To oznaczałoby, że kluby (zwłaszcza z mniejszych krajów) mogłyby legalnie organizować alternatywne ligi ponad granicami. Wyobraźmy sobie np. połączenie ligi belgijskiej i holenderskiej (projekt tzw. BeNeLiga), o którym od lat dyskutują kluby z tych państw poszukujące większych przychodów telewizyjnych. Albo ligę bałtycką, środkowoeuropejską, czy – co może nawet bardziej elektryzujące – możliwość dołączenia np. szkockich gigantów (Celtic, Rangers) do ligi angielskiej. Dotąd UEFA stała na straży porządku, gdzie jedna federacja = jedna liga krajowa (poza nielicznymi wyjątkami historycznymi jak kluby z Walii grające w Anglii). Gdyby jednak prawnicy wygrali argument o „monopolu UEFA”, granice państw mogłyby przestać być sztywną barierą. Dla średnich klubów z małych rynków mogłaby to być kusząca szansa: udział w większej, regionalnej lidze oznaczałby dostęp do szerszej widowni i większych kontraktów telewizyjnych niż skromne umowy krajowe. Przykładowo, czołowe kluby Szkocji czy Skandynawii mogłyby zarabiać wielokrotnie więcej w lidze transgranicznej niż u siebie.
Jednak druga strona medalu to potencjalne zaburzenie tradycyjnego modelu i ryzyka dla mniej zamożnych klubów. Jeśli bowiem najlepsi „uciekną” do nowych wspólnych lig, rodzime rozgrywki mogą stracić na atrakcyjności i finansowaniu, co uderzyłoby w mniejsze kluby w tychże ligach i lokalnych kibiców. Przykładowo, od lat mówi się o połączeniu ligi szwajcarskiej i austriackiej – ale co wtedy z resztą klubów, które się nie załapią? Czy nie spadną na margines zainteresowania? UEFA i krajowe związki ostrzegają, że transnarodowe ligi mogą osłabić piłkę w miejscach, które zostaną pominięte. Z drugiej strony, zwolennicy wskazują, że w erze globalizacji i tak futbol coraz mniej jest „narodowy” – topowe kluby sprzedają prawa TV globalnie, a kraj pochodzenia gra rolę drugorzędną.
Istotny jest też wpływ na rynek medialny. Gdyby powstały ligi obejmujące kilka krajów, zapewne prawa telewizyjne byłyby sprzedawane w pakietach transgranicznych. To mogłoby podnieść ogólną wartość (więcej zainteresowanych odbiorców = wyższa cena). Ale jednocześnie rozbicie narodowych pakietów mogłoby zmienić układ sił nadawców – duże platformy międzynarodowe (np. streamingowy gigant DAZN czy Amazon) zyskałyby przewagę nad tradycyjnymi telewizjami krajowymi. Już dziś zresztą widać ten trend: prawa do Klubowego Mundialu 2025 globalnie zdobył DAZN, który potem sublicencjonuje sygnał różnym stacjom. Być może transnarodowe ligi sprzyjałyby dalszej platformizacji transmisji sportu – co dla kibica oznacza z jednej strony większy zasięg, z drugiej potencjalnie wyższe koszty (kilka abonamentów do wykupienia).
Należy pamiętać, że TSUE już raz – w niedawnym orzeczeniu dotyczącym Superligi (grudzień 2022, opinia Rzecznika Generalnego; lipiec 2023 finalny wyrok) – uznał prawo UEFA do bycia wyłącznym organizatorem oficjalnych rozgrywek i do sankcjonowania klubów, które organizują konkurencyjne zawody bez stosownego zezwolenia. Ten werdykt zapadł jednak w bardzo specyficznym kontekście: dotyczył zamkniętej ligi największych marek sportowych stanowiącej konkurencję dla Ligi Mistrzów i działającej w obrębie tej samej niszy rynkowej. Trybunał potwierdził wtedy, że FIFA i UEFA mogą chronić integralność sportu oraz zasadę otwartego dostępu do rozgrywek – nawet jeśli pełnią rolę swoistych „strażników” i jednocześnie największych beneficjentów całego systemu.
Jednocześnie TSUE zaznaczył, że uprawnienia tych federacji nie są nieograniczone: mogą one korzystać ze swojej dominującej pozycji tylko pod warunkiem, że ich zasady dotyczące dopuszczania konkurencyjnych rozgrywek spełniają kryteria przejrzystości, obiektywizmu, niedyskryminacji i proporcjonalności względem celów, którym mają służyć. W uzasadnieniu wyroku podkreślono wyjątkowy charakter sportu oraz konieczność centralnej koordynacji międzynarodowych rozgrywek, co miało usprawiedliwiać powyższe szczególne uprawnienia UEFA i FIFA.
Natomiast sprawa Swift Hesperange dotyka nieco innego zagadnienia – tworzenia nowych struktur ligowych ponad granicami krajów, potencjalnie w porozumieniu z lokalnymi federacjami (np. gdyby Luksemburg i Belgia wspólnie chciały prowadzić jedną ligę, jak kiedyś planowano). W tym kontekście argument o „ochronie otwartej rywalizacji” może wręcz działać odwrotnie niż w przypadku Superligi. Obecny system zamyka bowiem kluby w granicach państw (czy struktur ponadnarodowych takich jak UEFA), co ogranicza ich możliwość rywalizowania o kibiców i sponsorów na szerszym, międzynarodowym rynku. Kluby takie jak Swift Hesperange twierdzą zatem: pozwólcie nam konkurować ponad granicami, bo inaczej zawsze będziemy skazani na peryferie. Jest to spojrzenie stricte wolnorynkowe, stojące w kontraście z obawami o zachowanie spójności i stabilności dotychczasowego systemu rozgrywek.
Jakby nie patrzeć, zarówno z perspektywy mniejszych klubów w wielkich ligach, jak i większych klubów w mniejszych ligach, problem jest złożony. Z jednej strony, transnarodowa liga może być szansą na rozwój sportowy i finansowy – np. kluby z krajów takich jak Szkocja, Holandia, kraje nordyckie czy Bałkany mogłyby w większych wspólnych ligach rywalizować z silniejszymi i zarabiać więcej niż u siebie. Z drugiej strony, to wymagałoby porzucenia tradycyjnych struktur i ryzyka związanego z nowym ładem. Model wspólnotowy zakłada solidaryzm i równowagę między regionami – co by z nim zostało, gdyby poluzowano ograniczenia w tworzeniu lig? Być może nastąpiłaby konsolidacja – najsilniejsze kluby z mniejszych państw odłączyłyby się od słabszych u siebie i dołączyły do silniejszych sąsiadów, a reszta zostałaby z tyłu.
Ostatecznie, decyzje w tej kwestii zapewne zapadną na styku prawa i polityki. Komisja Europejska rozpoczęła we wrześniu 2025 r. konsultacje nad nową strategią dla sportu, zapowiadając umocnienie europejskiego modelu sportu. To sygnał, że Bruksela chce jednak bronić dotychczasowego ładu – czyli piramidy, solidarności i tożsamości narodowej lig. Zapewne będzie dążyć do wypracowania ram prawnych, które pozwolą UEFA i ligom krajowym dostosować się do nowych czasów (np. może luźniejsze formy współpracy między ligami, wspólne puchary regionalne) bez wywracania stolika. Sprawa Swift Hesperange będzie więc testem: czy prawo UE otworzy drzwi do futbolowej globalizacji na poziomie lig, czy jednak padnie argument „specyfiki sportu” i zachowania struktur dla dobra wspólnego. Być może kluczem do rozwiązania byłaby jest reforma finansowego fair play i dystrybucji – temat, który łączy się z kolejnym wątkiem: jakie lekcje płyną z doświadczeń amerykańskich i co proponują ekonomiści tacy jak Stefan Szymański.
Porównując europejski futbol do amerykańskich lig sportowych, często wskazuje się diametralnie różne podejścia do kwestii konkurencji i regulacji. W USA działają prywatne, zamknięte ligi jak NFL, NBA czy MLB, które z europejskiego punktu widzenia przypominają właśnie koncepcję Superligi – brak spadków, ograniczona liczba franczyz, podział terytorialny rynku i systemy zapewniające finansową równowagę (salary cap, draft). W tym kontekście warto prześledzić dwa istotne przypadki prawne z USA: antytrustowe wyłączenie dla Major League Baseball (MLB) oraz sprawę NCAA vs Alston, dotyczącą „amatorskiego” sportu uniwersyteckiego. Oba pokazują, jak daleko (lub blisko) posunięte może być tolerowanie monopoli w sporcie, a jednocześnie stanowią cenną lekcję dla Europy.
Major League Baseball cieszy się w Stanach Zjednoczonych unikatowym statusem – od ponad stu lat posiada szerokie wyłączenie spod prawa antymonopolowego. W 1922 r. Sąd Najwyższy USA w sprawie Federal Baseball Club vs. National League orzekł jednogłośnie, że liga baseballowa nie podlega federalnym ustawom antytrustowym, ponieważ organizacja meczów baseballowych nie stanowi handlu między stanami (sic!). Ówczesny sędzia Oliver Wendell Holmes uznał, że baseball to wyłącznie „pokazy rozrywkowe o charakterze lokalnym”, a przemieszczanie się drużyn między stanami jest zjawiskiem drugorzędnym. Wyrok ten – dziś zaskakujący, biorąc pod uwagę ogólnonarodowy zasięg MLB – stał się fundamentem tzw. antytrustowego immunitetu baseballu. Efekt? MLB została legalnym monopolistą i monopsonistą na rynku profesjonalnego baseballu w USA. Jako jedyna spośród lig sportowych otrzymała kompletną ochronę przed rozbiciem z mocy prawa antymonopolowego, co pozwoliło jej właścicielom przez dekady kontrolować całą dyscyplinę bez obawy o konkurencję.
Skutki tego przywileju były dalekosiężne. MLB mogła np. blokować tworzenie rywalizujących lig – każdy, kto próbował (jak Federal League w 1913–1915), ostatecznie przegrywał, bo MLB mogła legalnie zawrzeć porozumienia wykluczające konkurentów (co w innych branżach naruszałoby Sherman Act). Dzięki temu do dziś w baseballu nie powstała żadna alternatywna „superliga”: nigdy nie doszło do istnienia dwóch równoległych najwyższych lig walczących o kibica, jak to bywało np. w futbolu amerykańskim (AFL rywalizująca z NFL w latach 60.). Ponadto MLB przez długi czas stosowała surową klauzulę rezerwacji zawodników, wiążąc gracza na lata z klubem i tłumiąc wolną agencję – co było możliwe, bo gracze nie mogli skutecznie pozwać ligi za praktyki monopolistyczne. Dopiero presja związków i strajki w latach 70. zmieniły te realia, ale nadal MLB w wielu obszarach działa inaczej niż pozostałe ligi, które muszą baczyć na prawo antymonopolowe. Co ciekawe, inne ligi (NFL, NBA, NHL) nigdy nie dostały takiego generalnego immunitetu – muszą one negocjować pewne odstępstwa (np. wspólna centralna sprzedaż praw TV została w 1961 r. zalegalizowana specjalną ustawą – Sports Broadcasting Act). Baseball zaś przez dekady cieszył się wręcz absolutną ochroną. Sąd Najwyższy co prawda jeszcze dwukrotnie rozpatrywał sprawę (Toolson v. Yankees 1953, Flood v. Kuhn 1972), lecz w obu przypadkach podtrzymał precedens w imię szacunku dla tradycji i z argumentem, że zmian powinien dokonać Kongres, jeśli zechce. W sprawie Flood (1972) sędzia Harrry Blackmun nazwał wcześniejsze wyroki „aberracjami ograniczonymi do baseballu” – innymi słowy, przyznał, że to odstępstwo od ogólnych zasad, ale skoro Kongres milczy, to baseball zachowuje swój wyjątek.
Dopiero w 1998 r. Kongres USA uchwalił Curt Flood Act, który częściowo uchylił immunitet MLB – lecz wyłącznie w zakresie relacji z zawodnikami (sprawy pracy). Od tamtej pory baseballowi gracze mają prawo pozywać ligę z na podstawie przepisów antytrustowych tak jak w innych sportach, co jednak nie miało wielkiego znaczenia praktycznego, bo kwestia „wolnej agencji” i tak została rozwiązana poprzez układy zbiorowe ze związkami (MLBPA). Natomiast w pozostałych aspektach (np. struktura ligi, relacje z klubami niezależnymi, terytorialne prawa franczyz) antytrustowa tarcza MLB pozostała nienaruszona. Do dziś więc MLB ma swobodę, by np. eliminuje drużyny farmerskie (co zrobiła w 2020, redukując liczbę afiliowanych klubów MiLB ze 160 do 120 – pozostałe pozbawiono statusu zaplecza, co wywołało pozew, ale sądy odrzuciły go powołując się na immunitet). Liga może też blokować przenosiny klubów na rynki zarezerwowane dla innych franczyz – np. to dlatego nie powstała do dziś druga drużyna MLB w obszarze New York (poza Yankees i Mets), bo prawo antymonopolowe nie zmusza MLB do dopuszczenia konkurenta.
Dlaczego to ważne w kontekście europejskim? Otóż model Superligi był bliźniaczo podobny do amerykańskich lig – zamknięty kartel najlepszych, dzielący się wpływami i niedopuszczający konkurencji spoza. Jednak w odróżnieniu od MLB, te kluby nie miały immunitetu – wprost przeciwnie, groziły im pozwy i sankcje za naruszenie zasad UEFA i być może prawa konkurencji (gdyby próbowały wykluczać innych). Gdyby Europa chciała „amerykańskiej” struktury rozgrywek, musiałaby dokonać gruntownych zmian prawnych. MLB pokazuje, że monopol w sporcie może funkcjonować, ale został w USA przyznany historycznie i do dziś budzi kontrowersje (w ostatnich latach politycy ponownie nawołują do zniesienia go, np. w kontekście relokacji klubów czy warunków w ligach niższych). Dla średnich europejskich klubów amerykańskie przykłady są przestrogą: zamknięty monopol chroni przede wszystkim najsilniejszych graczy rynku. Jeśli nie ma dostępnego mechanizmu prawnego, trudno liczyć, by działali oni dla dobra ogółu. MLB przez dziesięciolecia nie miała bodźców, by dzielić się zyskami poza wąski krąg; przeciwnie, mogła dyktować warunki całej dyscyplinie. W kontekście Superligi oznaczałoby to zapewne brak mechanizmów awansu (lub symboliczne, zaproszeniowe) i jeszcze większą koncentrację bogactwa w rękach założycieli.
Paradoks polega na tym, że to właśnie Superliga – w istocie dość mocno zamknięty kartel i potencjalny monopolista – odniosła częściowe zwycięstwo przed TSUE i sądem w Madrycie. Trybunał uznał bowiem, że zasady UEFA i FIFA, które dawały im nieograniczone prawo blokowania nowych rozgrywek, były sprzeczne z prawem konkurencji. Nie chodziło o to, że Superliga sama w sobie została uznana za zgodną z prawem – TSUE nie zatwierdził projektu w jego treści. Stwierdził jednak, że instytucjonalne mechanizmy UEFA i FIFA były nieproporcjonalne i nietransparentne, a tym samym naruszały podstawowe reguły wspólnego rynku. W ten sposób, chcąc bronić integralności systemu, UEFA została zmuszona do korekty swoich regulaminów i przyjęcia przejrzystych kryteriów autoryzacji nowych rozgrywek.
To odwrócenie ról jest uderzające: projekt zamkniętej ligi został uratowany przez zasady wolnego rynku, które z definicji mają służyć otwartości i pluralizmowi. Superliga, postrzegana jako zagrożenie dla merytokracji sportowej, zyskała narzędzie prawne właśnie dlatego, że jej przeciwnicy – UEFA i FIFA – w praktyce sami stosowali monopolistyczne praktyki. Dla średnich klubów jest to lekcja o dwoistości prawa konkurencji: chroni ono przed nadużyciami dominacji, ale nie gwarantuje, że jego beneficjentami będą słabsi gracze. Wręcz przeciwnie, czasami to najsilniejsi potrafią obrócić zasady wolnego rynku na swoją korzyść, jeśli odpowiednio dostosują formę swoich projektów.
Drugi amerykański wątek to sprawa NCAA vs Alston, zakończona wyrokiem Sądu Najwyższego USA w czerwcu 2021 roku. NCAA (Krajowa Akademicka Organizacja Sportowa) od ponad wieku zarządza sportem uniwersyteckim, w tym dochodowymi rozgrywkami koszykówki i futbolu amerykańskiego, opierając się na założeniu pełnego amatorstwa studentów-zawodników. Zawodnicy ci, mimo generowania wielomilionowych przychodów dla uczelni i NCAA, nie mogli do niedawna otrzymywać żadnego wynagrodzenia ani korzyści wykraczających poza stypendium naukowe. NCAA broniła tego modelu powołując się na tradycję i argument, że „kibice wolą czysty sport amatorów”. Przepisy NCAA stanowiły de facto kartelowe ograniczenie płac – żadna uczelnia nie mogła zaoferować więcej, bo groziły sankcje. Sprawa wniesiona przez byłych zawodników (m.in. Shawne Alstona) zakwestionowała legalność tych ograniczeń jako sprzecznych z prawem antymonopolowym. Sędziowie wszystkich instancji przyznali rację sportowcom. Sąd Najwyższy jednogłośnie uznał, że NCAA dopuszczała się praktyk antykonkurencyjnych, ograniczając nawet świadczenia edukacyjne (jak laptopy czy opłaty za kursy) dla graczy. Wyrok Alston był co prawda wąsko sformułowany – dotyczył świadczeń edukacyjnych – ale w praktyce otworzył drzwi do dalszej komercjalizacji, bo w uzasadnieniu sędziowie dali jasny sygnał: „NCAA nie stoi ponad prawem”. W szczególności, sędzia Brett Kavanaugh w głośnej opinii uzupełniającej stwierdził, że model biznesowy NCAA polegający na niepłaceniu zawodnikom jest w każdym innym sektorze po prostu nielegalny (to jego słowa: „biznesowy model NCAA byłby wprost nielegalny w niemal każdej innej branży”). Przyrównał działania NCAA do restauratorów zmowy zaniżających pensje kucharzy czy kancelarii ustalających maksymalne płace dla prawników – co byłoby oczywistym złamaniem prawa antymonopolowego.
Po tym wyroku NCAA właściwie straciła moralno-prawną podstawę do dalszego blokowania jakichkolwiek form wynagrodzenia dla studentów-sportowców. Już kilka tygodni później, pod presją nowych pozwów i przepisów stanowowych, NCAA pozwoliła sportowcom zarabiać na prawach do nazwiska i wizerunku (NIL) – co do tej pory było surowo zabronione. Dziś amerykańscy studenci mogą legalnie podpisywać kontrakty reklamowe, a wielu z nich zarabia sześciocyfrowe kwoty, co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia. Sprawa Alston pokazuje zatem, że nawet długo utrzymywany monopolistyczny układ (NCAA działała jak monopol organizujący rynek i ustalający reguły wynagradzania) w końcu może zostać rozmontowany, jeśli jest sprzeczny z zasadami konkurencji i sprawiedliwości. Sąd Najwyższy USA nie kupił argumentu NCAA, że „amatorstwo jest tradycją, którą należy chronić” – uznał go za etykietkę maskującą zwykłe ograniczenie płacowe.
Co ta amerykańska lekcja oznacza dla Europy? Można dopatrzyć się pewnych analogii. UEFA i ligi także często powołują się na tradycję i szczególny charakter sportu, gdy bronią swoich reguł (np. Financial Fair Play, system licencyjny, zakaz posiadania wielu klubów itp.) czy sprzeciwiają się nowym pomysłom pokroju Superligi. Przypadek NCAA uczy, że sądowa cierpliwość wobec „tradycyjnych” ograniczeń nie jest nieograniczona – jeśli ograniczenia te szkodzą uczestnikom rywalizacji. W europejskim futbolu „uczestnikami” są zarówno kluby, jak i zawodnicy. Już Bosman pokazał, że ograniczanie swobody transferów piłkarzy w imię starego porządku nie utrzymało się, bo naruszało traktatowe wolności. Podobnie ewentualne twarde limity płac czy inne działania kartelowe klubów mogą nie przejść testu prawnego, chyba że znajdzie się wyraźne uzasadnienie wyjątkami (ale tu znowu – NCAA też twierdziła, że bez amatorstwa produkt straci atrakcyjność, co sąd odrzucił z braku dowodów). Dla klubów w Europie istotna jest świadomość, że prawo konkurencji może być sojusznikiem w starciu z potęgami – jak studenci przeciw NCAA – ale może też zadziałać w drugą stronę, wzmacniając wolny rynek kosztem mechanizmów ochronnych (co widzieliśmy przy Bosmanie – dobre dla zawodników, ale małe kluby straciły opłaty za transfery po kontrakcie).
W sumie, amerykańskie przykłady ukazują dwa bieguny: MLB – monopol chroniony, NCAA – monopol rozbity. Europejski futbol stoi gdzieś pośrodku, z UEFA jako monopolistą w organizacji pucharów (na razie akceptowanym prawnie ze względu na rolę wspólnotową sportu) oraz z coraz większą presją na liberalizację (dostęp do lig, swobody transferowe, swobody mediowe). Optymalna, choć oczywiście niejednorodna w podejściu a zatem trudna ideowo i koncepcyjnie, wydaje się zatem mieszanka: nie chcemy totalnej dzikiej komercji bez reguł (bo ta sprzyja najsilniejszym monopolom), ale nie chcemy też skostnienia pod sztandarem tradycji, które tłumi rozwój i inwestycje. W tym duchu warto spojrzeć krytycznie na propozycje ekonomistów np. Stefana Szymańskiego – często odwołującego się do amerykańskich rozwiązań – dotyczące przyszłości europejskiego futbolu, zwłaszcza w zakresie finansów i szkolenia młodzieży.
Stefan Szymański, profesor ekonomii sportu i współautor głośnej książki Soccernomics, od lat analizuje słabości i paradoksy europejskiego futbolu. Znany jest z dość liberalnego, rynkowego podejścia – często kontrastującego z retoryką działaczy piłkarskich. Szymański nieraz wskazywał, że wiele regulacji w piłce (jak Financial Fair Play czy ograniczenia transferowe) to de facto narzędzia ochrony pozycji wielkich klubów pod płaszczykiem „zrównoważenia” czy „solidarności”. Zwracał też uwagę na to, że piłka europejska jest już w dużym stopniu skomercjalizowana i nierówna – bogaci i tak wygrywają najczęściej – więc próby sztucznego hamowania rynku bywają nieskuteczne, a czasem szkodliwe. W kontekście dyskusji pokryzysowych (post-Superliga) Szymański proponował śmielsze otwarcie futbolu na zasady konkurencji. Jednak jego podejście bywa krytykowane za niedocenianie pewnych wartości wspólnotowych, jak inwestycje w lokalną młodzież czy konieczność redystrybucji środków, by zachować żywotność sportu na niższych szczeblach.
Przyjrzyjmy się kwestiom szkolenia młodzieży i rynku transferowego, bo tu szczególnie ścierają się wizja Szymańskiego z tradycyjnym europejskim podejściem. Obecnie w Europie obowiązuje system, w którym klub szkolący młodego zawodnika liczy na dwie główne korzyści: albo gracz wzmocni jego pierwszy zespół (sportowo), albo zostanie sprzedany za znaczącą kwotę (finansowo). Wielu klubom – zwłaszcza średnim i mniejszym – transfery wychowanków zapewniają wręcz byt. Przykładowo, AEK Ateny w 2023 sprzedała młodego napastnika Orkun Köksü do Benfiki za kilkanaście milionów euro, co uratowało budżet; w Polsce takie kluby jak Lech Poznań czy Legia Warszawa regularnie zasilają budżet dzięki sprzedaży talentów za granicę. System ten bywa nazywany elementem solidarności rynkowej: pieniądze płyną od bogatych klubów kupujących piłkarzy do mniej zamożnych akademii, które tych piłkarzy odkrywają i szkolą. Szymański jednak zwraca uwagę, że ten mechanizm jest wąski i losowy. Według badań cytowanych w raporcie dla Komisji Europejskiej, zaledwie 1,84% sum transferowych trafia do klubów jako tzw. opłaty solidarnościowe za wyszkolenie (według zasad FIFA). A nawet jeśli doliczyć bezpośrednie zyski ze sprzedaży graczy, to i tak gros pieniędzy transferowych krąży między największymi klubami z topowych lig. Kluby z niższych lig czy mniej zamożnych krajów dostają okruchy – jeśli akurat uda im się wychować perełkę. Szymański argumentuje, że poleganie na transferowej loterii to kiepski model finansowania szkolenia. Podkreśla, że rozwój talentów jest do pewnego stopnia dziełem przypadku – nieliczne kluby „trafiają szóstkę w totka”, sprzedając nastolatka za kilkadziesiąt milionów, podczas gdy większość nigdy nie doczeka się takiego zastrzyku, choć też inwestuje w akademie. Taki system może prowadzić do frustracji i zaniechania inwestycji: po co wydawać setki tysięcy euro rocznie na akademię, skoro szansa na „Jackpota” jest znikoma? Szymański sugeruje więc, że solidarność nie może opierać się tylko na transferach – powinna mieć formy bardziej systematyczne (np. fundusze solidarności dzielone bardziej równomiernie). Z punktu widzenia czysto ekonomicznej efektywności, płacenie ogromnych kwot za pojedyncze talenty to marnotrawstwo – lepiej by te środki zasiliły ogólnie szkolenie.
Jednak tu pojawia się kontrargument: w obecnym modelu jednak to działa – bo widzimy, że kluby w całej Europie inwestują w akademie jak nigdy dotąd. Według raportu UEFA z 2020 roku, łączne wydatki klubów topowych lig na szkolenie młodzieży wynoszą ok. €870 mln rocznie, a od 2010 roku potroiły się też wypłaty solidarnościowe z UEFA dla akademii nienależących do pucharów (do €139 mln rocznie w 2019). Ponad 1600 klubów otrzymało wsparcie z tych funduszy w dekadzie. Wygląda na to, że kluby – nawet te, które rzadko sprzedają drogo graczy – i tak budują infrastrukturę szkoleniową, bo tego wymagają licencje i nadzieja na wychowanie własnych piłkarzy. W krajach takich jak Belgia, Chorwacja czy Serbia eksport piłkarzy to wręcz główna gałąź „przemysłu” futbolowego. Średni klub z takich krajów często żyje ze sprzedawania zawodników bogatszym. Jeśli nagle zabrakłoby możliwości uzyskania dużej opłaty transferowej (np. bo wprowadzono by wolny rynek bez odstępnego, jak sugerują niektórzy), to czy taki klub wciąż by inwestował kilkanaście procent budżetu w szkółkę? I co z inwestycjami już poniesionymi? Szymański i inni ekonomiści dowodzą, że tak być powinno – że bogaci powinni się wtedy dobrowolnie lub odgórnie dzielić środkami, by finansować szkolenie na dole. Tylko czy można na to liczyć? Praktyka FFP pokazała, że bogaci są raczej skłonni wykorzystywać przewagi niż dobrowolnie oddawać fundusze.
Szymański krytykował zresztą Financial Fair Play UEFA jako mechanizm skostnienia hierarchii – ograniczanie wydatków klubów do poziomu ich przychodów zamyka drogę ambitnym średniakom z zastrzykiem inwestycji (np. klub nie może wydać więcej niż zarabia, więc trudniej mu „dogonić” czołówkę nawet przy wsparciu nowego inwestora). Wskazywał, że FFP sprzyja stałym potentatom, bo zamraża przewagi (bogaci zawsze będą bogatsi, więc i wydadzą więcej na lepszych graczy. To chroni istniejących potentatów przed nową konkurencją (przykład: Red Bull musiał cierpliwie budować Lipsk, nie mógł po prostu wpompować setek milionów na start). Szymański, jako liberał, skłaniałby się pewnie ku poluzowaniu takich regulacji – niech rynek zdecyduje, kto ile zainwestuje, bo to ożywi konkurencję.
Trzeba jednak zauważyć, że Szymański nie ignoruje potrzeby pewnej solidarności. W swojej analizie systemu transferowego wskazywał, że obecne przepisy (jak opłaty za wyszkolenie młodzieży i solidarity payments przy transferach międzynarodowych) są nieskuteczne i marginalne. Uważał, że „solidarność nie powinna ograniczać się do wyceny młodych talentów produkowanych dla wielkich klubów”. Postulował, że wielkie kluby korzystają ze wszystkich poziomów rozgrywek (bo całe drabinki lig i masowy futbol tworzą talenty i fanów), więc wsparcie powinno być szersze niż tylko zapłata za jednostkowy transfer. Z tym trudno się nie zgodzić. Europa ostatnio czyni nawet pewne kroki: poza wspomnianymi funduszami UEFA, również FIFA zwiększa wypłaty dla klubów za udział ich graczy w mistrzostwach świata (w 2026 roku aż $355 mln zostanie przekazane klubom za oddanie piłkarzy na mundial). To forma solidarności globalnej – bo każdy klub, nawet mały, dostanie część z tego tortu, jeśli wychował reprezentanta. Podobnie nowy Klubowy Mundial 2025 ma przewidzianą ogromną pulę nagród ($1 mld), z czego część tj. $ 250 milionów ma teoretycznie trafić też do klubów nieuczestniczących
Dlatego lepszą drogą niż rewolucyjne uwolnienie rynku transferów (np. zniesienie opłat i kontrakty tylko do wypełnienia, co dawniej postulowano w duchu Bosmana) może być ewolucja istniejących mechanizmów solidarności: zwiększenie kwot dla akademii, tworzenie funduszy wsparcia na rozwój infrastruktury, premie za wychowanków w składzie itp. UEFA już wymaga od klubów inwestycji w szkolenie (licencje) i zachęca do wystawiania młodzieży (Listy B w pucharach). Komercjalizacja procesu szkolenia – w sensie czysto rynkowym – mogłaby w skrajnym scenariuszu doprowadzić do przejęcia tej roli przez najbogatszych: np. topowe kluby tworzą globalne akademie satelickie i „wysysają” talenty już w wieku 12-14 lat, płacąc rodzicom czy pomniejszym szkółkom, zamiast czekać aż ktoś inny ich wyszkoli, a pozostali oczekują od rodziców opłat za szkolenie. Już częściowo to się dzieje: system poachingu nastolatków, choć regulacje FIFA próbują go ograniczać oraz niezależne akademie działające stricte dla zysku. Taki model funkcjonuje np. w USA w koszykówce młodzieżowej (AAU circuits). Ale w piłce nożnej w Europie tradycyjnie to kluby są centrum rozwoju talentu, często powiązane z lokalnymi społecznościami. Komercjalizacja do granic może zrodzić konflikt interesów: czy szkolimy dla trofeów i wspólnoty, czy tylko pod transfer?
Średnie kluby stały się wręcz fabrykami piłkarzy – np. Benfica Lizbona w ostatniej dekadzie zarobiła setki milionów euro na sprzedaży wychowanków (João Félix, Rúben Dias, Ederson itd.), reinwestując w infrastrukturę. Ten proces do pewnego stopnia jest pozytywny – bo promuje profesjonalizację szkolenia. Oczywiście trzeba uważać, aby pogoń za zyskiem nie wyparła misji sportowej. Jeśli bowiem każdy młody piłkarz będzie widziany tylko przez pryzmat potencjalnej ceny, kluby mogą zaniedbać tych, którzy rokują mniej, ale mogliby być wartościowi dla lokalnej piłki.
Dlatego przy wszystkich cennych postulatach, drobna w sumie krytyka stanowiska Szymańskiego byłaby taka: zgadzamy się, że obecny system solidarności w piłce jest niedoskonały i często hipokrytyczny (bogaci mówią o solidarności, ale dzielą się skromnym ułamkiem zysków). Popieramy postulaty zwiększenia realnego wsparcia dla szkolenia w biedniejszych regionach – choćby poprzez odgórne fundusze UEFA/FIFA z wielkich imprez. Niemniej, nie popieramy całkowitego uwolnienia reguł bez zabezpieczeń, bo może to przynieść skutki odwrotne: najsilniejsi jeszcze łatwiej zdominują rynek talentów, a średnie kluby stracą swój atut (jakim dziś jest choćby prawo do ekwiwalentu za wyszkolenie czy procent od kolejnego transferu wychowanka). Innymi słowy, lepiej naprawiać system niż go burzyć.
Szymański słusznie wskazuje, że bogate kluby korzystają z istnienia wielkiej bazy piłkarzy wychowywanych poza ich strukturami i że transfery to obecnie kulawe narzędzie redystrybucji (losowe i niewielkie). Pytanie brzmiałoby zatem jeżeli nie transfery co miałoby je zastąpić?
Hipotetycznie, jedną z dróg mogłoby być np. wprowadzenie w Europie – wzorem amerykańskich lig – mechanizmów kompensacyjnych typu draft (najlepsi juniorzy trafiają do słabszych klubów) czy szerszego dzielenia przychodów telewizyjnych. Jednak te rozwiązania z kolei godzą w swobodę rynku i natrafiłyby na opór potentatów (trudno wyobrazić sobie Real czy Bayern oddające prawa do wyboru najlepszych młodych graczy komukolwiek innemu). W praktyce więc toczy się poszukiwanie balansu.
W przeciwnym razie grozi nam dryf w stronę modelu czysto rynkowego, gdzie przetrwa na szczycie tylko wąska elita, a „średniacy” staną się dostarczycielami talentów i tłem widowiska. Paradoksalnie, nawet niektóre wielkie kluby tego nie chcą – bo bez elementu nieprzewidywalności i bez kibiców w całej Europie żyjących nadzieją „awansu kopciuszka” futbol utraci część uroku, a za tym mogą pójść spadki zaangażowania fanów (a więc i wartości biznesowej). Jak zauważył kiedyś Szymański, kultura awansu i spadku to coś, co wyróżnia europejski futbol i napędza emocje Nawet jeśli ekonomicznie kusi model NFL (gdzie kluby są zamkniętymi partnerami), to sportowo i społecznie Europa pozostaje inna.
Wydaje się zatem, że rozwiązaniem jest raczej ewolucja niż rewolucja: dostosowywanie się do globalizacji (np. nowe rozgrywki międzynarodowe klubów), zwiększanie przejrzystości i redystrybucji – ale jednocześnie pielęgnowanie wartości, które sprawiają, że w małym miasteczku gdzieś w Belgii czy Chorwacji ludzie nadal inwestują serce i pieniądze w swój klub.
Nowy ład po Superlidze wciąż się kształtuje. Liga Mistrzów urosła i błyszczy rekordami oglądalności oraz finansów, co cieszy, ale i zmusza do myślenia o odpowiedzialnym podziale tego sukcesu. FIFA ze swoim rozszerzonym Klubowym Mundialem włącza się do gry o wpływy – kusząc kluby ogromnymi nagrodami, a zarazem obiecując „złotą erę futbolu klubowego” dzięki globalizacji. Politycy krajowi (jak w Anglii) i władze unijne podejmują inicjatywy, by jak głoszą, okiełznać żywioł komercji i chronić piłkę jako dobro publiczne. W tle toczą się batalie prawne – Swift Hesperange rzuca wyzwanie porządkowi terytorialnemu, a echa wyroków Bosmana, Murphy’ego czy Alstona przypominają, że piłka nożna nie jest poza zasięgiem zasad prawa i sprawiedliwości.
Kluczowe w tym wszystkim jest znalezienie równowagi między liberalizacją a solidarnością. Chcemy móc rywalizować z najlepszymi – na boisku i ekonomicznie – bez sztucznych barier, ale też nie chcemy świata, w którym wszelkie nierówności są spotęgowane, a bogaci dyktują warunki bez żadnej kontroli. Interesuje nas zarówno możliwość zwiększenia przychodów i promocji inwestycji w sport (bo to może pozwolić długofalowo rzucić wyzwanie potentatom), jak i zachowanie systemu, gdzie wciąż liczy się szkolenie młodzieży, lokalna tożsamość i marzenie kibica, że „jutro może być nasz dzień chwały”.
Historia Superligi pokazała siłę sprzeciwu fanów i wartości wspólnotowych. Europa odpowiedziała umocnieniem idei merytokracji sportowej i próbami ulepszenia istniejących rozgrywek, zamiast tworzenia nowych pod dyktando banków inwestycyjnych. Ale pokusa „amerykańskiego snu” w piłce nie zniknęła – widać ją choćby w zakulisowych rozmowach o meczach lig krajowych rozgrywanych za oceanem, w rosnących wpływach funduszy z Zatoki Perskiej czy USA w klubach europejskich, czy w pomysłach typu „dzikie karty” dla historycznych marek. Świat futbolu stoi więc przed wyborem: czy uda się reformować system od wewnątrz, tak by był bardziej atrakcyjny i dochodowy, a zarazem sprawiedliwszy – czy też dojdzie do kolejnych prób wywrócenia stolika przez niezadowolonych graczy rynkowych.
Ten esej dowodzi, że istnieje przestrzeń do świadomej, wyważonej reformy. Liga Mistrzów może kwitnąć, jeśli będzie pamiętać o swoich korzeniach – także tych w małych klubach, które kiedyś w niej zabłysły (choćby niespodziewane półfinały Ajaxu czy Villarrealu). Klubowy Mundial może być szansą, nie zagrożeniem, o ile zyski z niego nie rozminą się z potrzebami rozwoju futbolu na całym świecie. Być może nawet jest nadzieja że regulatorzy mogą pomóc przywrócić równowagę między biznesem a wspólnotą kibiców. A prawo konkurencji – choć brzmi sucho – może być sojusznikiem futbolu, jeśli będzie stosowane z uwzględnieniem specyfiki sportu: promując otwartość i mobilność, ale piętnując nadużycia monopolistyczne i kartelowe, niezależnie czy popełnia je UEFA, wielki klub czy inny aktor.
Ja wierzę, że wspólnotowy model jest możliwy. Że inwestycje prywatne mogą iść w parze z interesem publicznym – jeśli wprowadzi się sensowne reguły gry. Że merytokracja sportowa da się pogodzić z ekonomią – jeśli najwięksi zrozumieją, iż długofalowo opłaca im się dzielić częścią tortu, by całe widowisko pozostało ekscytujące. I że kibice nadal będą mogli marzyć o zwycięstwie Dawida nad Goliatem, bo przecież to jest sól futbolu. Od klubów, działaczy, instytucji i fanów – zależy, czy ten europejski model udoskonalimy, czy pozwolimy, by został zastąpiony przez transnarodową korporację rozrywki sportowej. Lekcja Superligi nauczyła nas, że warto bronić swoich wartości – a jednocześnie nie bać się zmian, które są konieczne. Przyszłość pokaże, czy wyciągnęliśmy z niej wnioski.